Pytanie może wyda się prowokacyjne albo wręcz nie na miejscu. Bo przecież nawet dziecko wie, że pokarmy święci się po to, aby następnego dnia rano zjeść z całą rodziną uroczyste, świąteczne śniadanie. W Święta Wielkanocne tak właśnie trzeba robić. Taka jest tradycja. Więc zapytam znów: I co z tego? Co mi daje ta tradycja? Jaki jest cel tych wszystkich działań?
Pytania te nie zrodziły się w mojej głowie zupełnie bez powodu. Podczas święcenia pokarmów kościoły pękają w szwach. Z koszyczkami przychodzi ogromna ilość ludzi, w tym wiele młodych osób. A ja jestem człowiekiem niezwykle praktycznym. Jeżeli mam zrobić coś, co nie ma sensu, to najczęściej tego po prostu nie robię. Więc pytanie o sens święcenia pokarmów nie jest bezzasadne. Bo jeśli do kościoła z koszyczkiem przychodzi człowiek, który z utęsknieniem czeka na Niedzielę Zmartwychwstania, by na uroczystej Mszy Świętej zawołać z radością: „Alleluja!”, a składając pokarmy do poświęcenia pokornie prosi Boga o ich pobłogosławienie, to rozumiem, że ma to wszystko głęboki wymiar religijny. I wtedy rzeczywiście postawione wyżej pytania są prowokacyjne i niepotrzebne.
Ale jeżeli spojrzymy na kogoś, kto przyjdzie z koszyczkiem w sobotę rano i więcej w święta do kościoła nie przyjdzie, a jego świętowanie zredukuje się do uroczystych posiłków, spotkań z rodziną i spania przed telewizorem, to moja praktyczna natura zadaje pytanie: po co ten człowiek włożył tyle trudu w przygotowanie święconki? Co mu daje wielkanocne śniadanie? Z czego on się raduje w te święta? Z wolnego czasu? Z dobrego jedzenia? Ze spotkania z rodziną? Z posprzątanego domu? To piękne, to naprawdę cieszy. Mnie też. I mówię to bez cienia ironii. Tylko po co defilować z koszyczkiem w sobotę rano? Czy takie świętowanie nie mogłoby się odbyć bez poświęcenia pokarmów? Stół można przygotować równie pięknie i obficie. Postawić kolorowe pisanki, wędliny, sałatki, ciasta. Pięknie go udekorować i spędzić miło czas w gronie rodziny. Po co na ten stół kłaść poświęcone pokarmy? Jaki w tym wszystkim ma sens znak Boga na naszym stole, jeśli nie zamierzamy razem z Nim świętować? To trochę tak, jakby przyjść w sobotę do kościoła, powiedzieć: „Jezu, my już szykujemy ucztę na Twoją cześć. Spójrz, same smakołyki! Czekamy na Ciebie. Jutro, po porannej Mszy Świętej pójdziemy razem do naszego domu i będziemy się radować”. A następnie nie pojawić się więcej i biesiadować bez Chrystusa, na którego cześć te uroczystości się odbywają.
I nie przemawia do mnie tłumaczenie, że ktoś chce świętować z Bogiem, ale bez Kościoła, bo się zraził, bo nie lubi, bo jest długo itd., bo skoro poświęcił pokarmy, to zrobił to w łączności z Kościołem. To albo rybki, albo akwarium.... Czegoś w tym wszystkim nie rozumiem. Dziwny jest ten świat...
Przeszukując internet wyszukałam, że święcenie pokarmów staje się jednym z najbardziej kultywowanych zwyczajów ludowych. Urocze, ale bez sensu. Bo w takiej sytuacji kapłanów traktujemy jak wróżki, które zamiast różdżki mają kropidło i dzięki wymówionym formułkom i pokropieniu magiczną wodą zapewniają nam – no właśnie.... Co nam zapewniają? W co my wierzymy podstawiając koszyczek do święcenia? Czy wiemy po co święcimy pokarmy? Czy to nie jest tak, że nasze myśli nie są przy Bogu i największej tajemnicy, która właśnie się odbywa, tylko przy przepysznej, wiejskiej kiełbasie, która spoczywa na dnie wikliny?
I na koniec taki wielkanocny dowcip:
„Do Piłata przyszedł Józef z Arymatei i poprosił o wydanie ciała Jezusa, bo chciał je pochować w grobie przygotowanym wcześniej dla siebie. Piłat pyta Józefa:
- Nie szkoda ci oddać taki piękny grób?
- Nie, to tylko na weekend.”
Oby nasza pobożność nie była jak w tym wielkanocnym żarciku: tylko na chwilę, wyliczona na weekend (a nawet nie, bo na sobotę rano), krótkodystansowa. Bo przecież jak powiedział B. Pascal: „Doprowadzać pobożność do zabobonu znaczy niweczyć ją.”
I.Ś.
